|
16.09.2008 :: 21:37 :: Wyślij wiadomość
Kiedy każdy dzien wypelniony jest po brzegi, czas ucieka tak szybko. Dwa tygodnie mijaja sama nie wiem kiedy, nie moge uwierzyc, ze juz za trzy dni wejde na poklad samolotu, a pozniej znow londyn, deszczowa pogoda i tiramisu, ktorym bede leczyc swoje depresyjne nastroje. Jak na razie zalatwiam trylion spraw w jednym momencie, wypelniam stosy papierkow pietrzace sie we wszystkich miejscach mojego domu, spotykam sie z ludzmi, ktorych chce bardziej lub mniej spotykac. I nagle wszystko prawie sie zawala, etap wstepnej paniki, anulowanie transferu, a przecież bilet kupiony, nowy dom wynajęty, semestry pozaliczane jeszcze w czerwcu. Fingers crossed, no bo przecież musi się udać. Bo zawsze bylam silna. Bo przygoda, bo szansa (bo...). Jestem teraz tutaj, czuję ciepło sosnowej podłogi pod stopami. Te dni są tak bardzo intensywne, wydaje mi się, jakbym odczuwała wszystko dwa razy mocniej, starając się zapamiętać wszystko, czego zapewne będzie mi tak bardzo brakowało. Wiśniowa herbata smakuje tak dobrze w towarzystwie najlepszej przyjaciółki, zapach waniliowej świeczki unosi się w powietrzu. Wszystko staram się zapisać gdzieś wewnątrz mnie, stworzyć coś w rodzaju interaktywnego albumu z zapachami, dźwiękami i obrazami. Powtarzam sobie, że wszystko jest na dobrej drodze, bo przecież są ludzie, którzy pozostana przy mnie, niezaleznie od tego, gdzie bede. Nawet promotor nie wydaje sie byc skonczonym dupkiem, chociaz bliskie starcie dopiero w czwartek (fingers crossed po raz drugi). Staram sie wlozyc wszystko do mojej nowej kanarkowej walizki - ubrania, wspomnienia, zdjęcia i zapachy. Związac wszystko blekitna tasiemka, zapamietac, zapisac, zatrzymac. Powtarzam sobie wciaz, ze bedzie dobrze. Czwartek, B. odbierze mnie z dworca, pozniej reaktywacja roku akademickiego, piatek, lotnisko, pozegnania i powitania. Jak mantre powtarzam, ze to tylko ponad dwa miesiace i znow bede tu, na chwile, na moment, na ulamek sekundy, ale jednak. 11.08.2008 :: 13:10 :: Wyślij wiadomość Istnieją ludzie wierzący w przeznaczenie. Obecność dwóch osób w danym miejscu o konkretnej godzinie, wino wylane na koszulę przyszłego mężczyzny życia, przypadkowe zderzenie w tłumie i magiczny dreszcz przeszywający ciała. Ja nie. Wysiadam z samolotu, wprowadzam się do nowego mieszkania, jednak wciąż w centrum, tak bardzo blisko mieszkania sprzed roku. Po dwóch tygodniach wraca z wakacji i wreszcie się poznajemy. Niezobowiązująca rozmowa, cześć rzucone gdzieś w przelocie, wspólny spacer do pracy (bo to przecież przypadek, że oboje wychodzimy o tej samej porze). Jest już późno, wracam ze spotkania z dziewczynami, rozpoczęta butelka białego wina stoi na stole. Widzę pomarańczowe światełko (deja vu), alkohol szumiący w głowie dodaje mi odwagi. Musisz napić się ze mną, rzucone głupio. A później już tylko siedem godzin rozmów i nagle zastaje nas świt. To przecież niemożliwe, że mówię o pewnym filmie, a on nagle wyciąga książkę opisującą jego powstawanie. Mój ulubiony architekt jest równocześnie jego. Zaczynam wypowiadać zdania, które on kończy dokładnie tak, jak ja bym to zrobiła, kiedy on mówi, to rozumiem to w stu procentach, bo myślę dokładnie to samo. Każe mi wybrać jakieś utwory, bo może przypadkiem znam coś dobrego. Wyszukuję więc artystę, którego nie zna nikt z moich znajomych, za to ja bardzo go lubię. Wtedy on wybiera tą właśnie piosenkę, która jest naszą ulubioną. Wszystkie inne nasze podobieństwa dodatkowo przerażają nas oboje i fascynują równocześnie. I ta salsa w deszczu, kiczowaty początek tego wszystkiego. Przypadek. Wprowadzam się do tego mieszkania, tylko dlatego, że jest blisko miejsca, w którym mieszkałam rok temu. Mieszka naprzeciwko, dokładnie drzwi w drzwi. Nigdy nie spotkałam nikogo, z kim miałabym tyle wspólnego. Wciąż twierdzę, że to przypadek, a nie przeznaczenie. | Nie wiem, jaka jest szansa, że ta magia przetrwa. Gdzieś tam, tysiąc siedemset kilometrów stąd, jest ktoś, kto będzie czekał na mnie cały rok. Jest poprawny, rodzice na pewno go zaakceptują, mówi po polsku, a co najważniejsze ma ten sam kolor skóry. Tego tutaj modelki otaczają z każdej strony, a największym problemem jest fizyczna odmienność, mimo faktu, że należy do kultury europejskiej. | 14.07.2008 :: 00:44 :: Wyślij wiadomość Wreszcie cudem odzyskałam hasło. Kilka literek wprowadzonych w białe pole spowodowało, że teraz obrazy przeskakują mi przed oczami. Szereg znaków układających się w słowa i zdania nakreśla wszystko to, co kiedyś miało miejsce. To takie dziwne, wszystko powraca do ciebie w ułamku sekundy, nagle zdajesz sobie sprawę kim byłeś parenaście miesięcy temu. Masz wrażenie jakby to, o czym teraz czytasz, zdarzyło się nie tak dawno, a tu mija kolejny rok. Wciąż na samo wspomnienie dziwne mrowienie pojawia się w gardle, w żołądku, w każdym najdziwniejszym zakamarku ciała. Łzy same spływają po policzku. Łzy. Łzy tęsknoty za tym, jak było kiedyś? Łzy tęsknoty, za tym, kim byłeś kiedyś, a kim już nie jesteś? Nie wiem. Powoli uświadamiam sobie, że od punktu, w którym jestem w chwili obecnej nie będzie łatwiej. Decyzje, które podjęłam, tak naprawdę podjęłam po to, żeby uszczęśliwić innych, a nie siebie. Myślałam, że to wszystko, co miałoby się stać, było tym, czego tak naprawdę chciałam. Jednak pewien piątkowy wieczór, gdy szłam na babskie ploteczki przy pysznych drinkach sprawił, że dotarło do mnie jak jest naprawdę. Minęły dwa lata, nastąpił wzrost o dwanaście setnych, co daje znaczną poprawę. Znów byłam w tym samym miejscu, co 21 czerwca 2007, jednak pierwszy raz tak naprawdę poczułam ciepło letniego wieczoru na swojej skórze, delikatny wiatr rozwiewający włosy. Środek zwykle zatłoczonego miasta, a w tym właśnie momencie cisza i spokój ogarnęły otoczenie. Dotarło do mnie, że przecież mam tak wiele, o wiele więcej niż mogłabym prosić. Tu właśnie życie zmieniło swój bieg, a ja stałam się szczęśliwa na nowo. A teraz? Teraz moją drogę wyznaczają cztery cyfry zakończone wdzięcznym słowem 'kilometry', które zafundowałam sobie na własne życzenie starając się sprostać oczekiwaniom innych. Na końcu tej drogi wielki znak zapytania, który po roku ma zamienić się w świetlane lata radości. Tylko, że już miałam swoją radość, nie chcę jej zgubić i na nowo musieć poszukiwać. 30.10.2007 :: 17:02 :: Wyślij wiadomość Zebrało mi się na sentymenty, wczorajsza noc to deja vu i dowód na to, że wciąż nie jestem gotowa. Patrzę za okno, na tą mgłę, która spowija centrum miasta, gdzieś w oddali przez tą gęstą otoczkę nieśmiało próbuje przebić się światło latarni. Nagle powróciło do mnie wszystko sprzed pół, roku ,dwóch lat. Patrzę na siebie z perspektywy 2005/2006, przewidziałam wszystko, byłam mądrzejsza niż jestem teraz. Cofnij czas, pozwól wrócić do tej karo sprzed roku, pozwól mi zrozumieć, jak to jest 'że' i 'gdy'. 03.07.2007 :: 14:35 :: Wyślij wiadomość 'These aren't easy days for you, for summer relaxation might seem like a good, yet unrealistic, idea as the Moon activates the recent Venus-Saturn conjunction in your sign. You might decide that you have had enough of poverty consciousness -- in money or pleasure -- and take drastic actions to bring more joy into your life. Be careful; impulsive behavior could add more headaches than benefits.' indeed, a do tego w londynie ciągle pada. 23.06.2007 :: 14:44 :: Wyślij wiadomość Czasami nadchodzą dni, kiedy czuję się tak odrobinkę szczęśliwa. Taki dzień trwa dla mnie od 48 godzin. 09.03.2007 :: 16:31 :: Wyślij wiadomość W ciągu ostatnich dwóch miesięcy wydarzyło się tyle, że do tej pory zastanawiam się, czy to naprawdę jest moje życie. Dwudziestego osmego stycznia zadalam sobie pytanie czy dam rade, stwierdzajac pozniej, ze nie. Już miałam przykleić nad łóżkiem napis: 2007 rokiem porzucanych kobiet, ale nie, okazuje się, że dobrze, że stało się, jak się stało. Zycie toczy sie dalej, jest cieplejsze, bardziej przyjazne, jak krakow skąpany w słoncu przedwczoraj. Od jakichś trzech tygodni nie wypłakuję się w poduszkę, nie ubolewam,że ja jestem tutaj, a ten ktoś jest tam. Skreślam go ze swojego życia, wreszcie to mi się udaje. Spotykam fantastycznych ludzi, najbardziej seksownego mężczyznę ever, jest naprawdę dobrze. Uczę się cieszyć ze swojego życia, w pewnym momencie słyszę, że wyglądam na radosną i bardziej szczęśliwą. Powoli sama zaczynam w to wierzyć, powoli zaczynam to czuć. Mimo, że od tygodnia moje wszystkie zasady wzięły w łeb, nie poznaję siebie, to tak jest dobrze, spontaniczność ma swoje plusy. A Walijczycy sa tacy zabawni. 04.01.2007 :: 11:29 :: Wyślij wiadomość Ta zima wyprowadza mnie z równowagi,a przez błoto na ulicach i ciągły brak słońca wpędza w jesienną depresję. Siedzę otoczona tonami chusteczek, które zużywam w zastraszającym tempie i jak tak dalej pójdzie to będę próbowała zaliczyć sesję w towarzystwie bólu zatok, głowy i kataru. Powoli dochodzę do wniosku, że jestem raczej niefajna i na tym skupiam ostatnio swoje przemyślenia, zupełnie jak jakaś nastolatka z pism dziewczęcych. To nic, że największe ciacho imprezy sylwestrowej stara się poderwać mnie przez cały wieczór, to nic. Mój mężczyzna w akcie zazdrości postanawia upić ciacho ogromnie i jak postanawia, tak robi. Ogólnie jest bardzo udanie, dużo fajnych ludzi, w tym wszystkim ja, z odrostami na kilometr, bo oczywiście nie było terminów przed świętami i z moją własnoręcznie obciętą grzywką. Znów skupiam się na swojej urodzie a raczej jej braku i niefajności i obsesji kilogramo-poświątecznej. To nic, że sesja coraz bliżej, ja jeszcze nie zaczęłam się uczyć, bo nie potrzebuję, moi państwo. Bo na przykład potrzebuję nowego ubioru i w tym celu zaraz wyegzekwuję trochę czasu na rajd po sklepach od których mi niedobrze, ale w czymś chodzić trzeba. A ten hiszpański, a tą mikroekonomię to ja zrobię kiedyś tam, no. I tak strasznie tęsknię, tęsknię za ciepłym łożkiem, za najlepszymi ramionami, za miękkimi ustami, za tym wszystkim, za czym płakałam we wtorek na dworcu głównym o osiemnastej dziesięć. 28.12.2006 :: 01:42 :: Wyślij wiadomość Święta były fajne, naprawdę. Przewróciła się nam choinka, bo była odrobinę krzywa, potłukły się moje dwie ulubione bombki, ale choinka jak dotąd wywróciła się tylko raz, co i tak jest sukcesem. Poza tym jak zwykle uszka babci mistrzunio (nadużywam słowa 'mistrzunio') i sernik mojej mamy najlepszy. W ogóle to cieszę i napawam się zapachami i dźwiękami domu, rozkoszuję się moim pokojem, zatrzaskuję drzwi, żeby nic z niego nie uciekło. Aktualnie sen z powiek spędza mi mamusia mojego mężczyzny. Jest jak wredna teściowa z kawałów i zrobi chyba wszystko, żeby uprzykrzyć życie każdemu człowiekowi na Ziemi [wykluczając swoją ukochaną córeczkę, która jest zawsze och, ach, ę i ą]. Ale ja, ja z moim metrem sześćdziesiąt się nie daję i walczę uśmiechem, klasą i uprzejmością, a to wyprowadza ją z równowagi jeszcze bardziej. Grunt to wierzyć w siebie i się nie poddać. Poza chęcią wysadzenia sali A122, gdzie urzęduje mój informatyk oraz F001, będącej siedzibą matematyczki, to mam inne, troszkę ciekawsze chęci. Chęci, plany i marzenia, do których realizacji wciąż brak odwagi, brak jakiejś siły, która mogłaby mnie popchnąć do ich urzeczywistnienia, ale być może przyjdzie na to czas. Jak na razie jest pierwsza czterdzieści, tym optymistycznym akcentem zakończę i pójdę uskuteczniać tworzenie czternastostronicowego tekstu o systemach dżi pi es. 14.12.2006 :: 19:11 :: Wyślij wiadomość www.zle_mi.tu. Nienawidzę tego miasta, nienawidzę tych wszystkich metro-gejowatych kolesi, z buźkami popaćkanymi podkładem, paznokciami pociągnietymi bezbarwnymi lakierami. Nie znoszę tych pudelkowatych panienek krzyczących głośno i przeciągle kurwa w autobusie 152, beznadziejnych rozmów o niczym, nie lubię tego, że jest zimno a mimo to nie ma śniegu. Brakuje mi moich ludzi, wkurza mnie laska, która śpi w łóżku naprzeciwko. Denerwują mnie świąteczne piosenki i przesyt choinek i światełek w krakowskiej. Widocznie ogólnie jestem na nie. Tylko z ocenami wciąż raczej szaleję, nie mam zaliczenia niżej niż 4 mimo tego, że nadal zaczynam się uczyć w dniu kolokwium. I ogólnie jał, mam 34 strony formatowania, które muszę skończyć jak najszybciej :/ 04.12.2006 :: 20:46 :: Wyślij wiadomość Myślałam,że idąc na studia, nie spotkam się z kujonowatością aż w takim natężeniu jak w mojej licealnej klasie. MYLIŁAM SIĘ. Moja grupa dziekańska się uczy, żeby nie powiedzieć ZAKUWA, podczas gdy ja wstaję kilka godzin wcześniej w dniu kolosa i całkiem nieźle na tym wychodzę. Jak na razie. Zadziwiające, silniejsza tęsknota za domem dopada mnie będąc te sto osiemdziesiąt kilometrów stąd niż podczas wakacyjnej wyprawy do uk. Nie, to nie jest wina ciszy tak głośno dzwoniącej w kompletnie pustym mieszkaniu. Nie, może po prostu zaczynam coś rozumieć, może w końcu dotarło, przyszło, rąbnęło mnie tak mocno w głowę, powaliło na nogi i przyjęłam tą najprawdziwszą, najprostszą z prawd. Momentami mam takie dziwne poczucie odpowiedzialności, zachowuję się jak starsza siostra, przejawiam oznaki perfekcjonizmu, zastanawiam się, czy to wciąż ta sama ja. I ciągle mi czegoś brak, przede wszystkim brak czasu, którego przecież jest tak dużo, który przepływa przez palce, kiedy jest tak dobrze, tak ciepło, tak radośnie, który znów wlecze się niemiłosiernie gdy. Nic się nie zmieniło, a zmieniło się wszystko, gdzies po drodze upadłam, nie wstałam, stłukłam, popsułam. Tyle wątpliwości w środku, tyle niewypowiedzianych jednym tchem wyrazów, tyle pragnień, tyle nadziei, tyle. 20.11.2006 :: 22:53 :: Wyślij wiadomość Jeśli ktoś chciałby mnie bardzo zdenerwować, mógłby użyć pojęcia 'platforma e-learningowa' lub też słowa matematyka. O dziwo nie znoszę swojej uczelni nie przez mikroekonomię czy prawo, tylko przez informatyka i matematyczkę. Odżyję jutro, gdzieś tak o dziesiątej trzydzieści o ile dotrwam, koszmar tygodnia się skończy i będę się mogła relaksować. Potem będą dwa tygodnie grudnia zawalone kolosami, a potem już tylko względny spokój. Ratunku! Nawet nie wiem, czy mi się te studia podobają. Na razie mam same ogólne przedmioty, dobija mnie platforma e-learningowa i kolosy za przeproszeniem z dupy wyjęte, dobija mnie matematyka, której nie rozumiem, a przecież cytuję 'cała poezja polega na rozumowaniu' koniec cytatu. Drugi semestr i dalej [ale nie wybiegajmy zbytnio w przyszłość, siedem egzaminów po drodze] to tony przedmiotów prawopodobnych i jak tak dalej pójdzie to pomyślę nad prawem na ujocie. Bosko. Dni upływają przy herbacie z dzikiej róży, ostatni weekend wypełnili rodzice i A.-niespodzianka. Jestem dobra corka/zla dziewczyna/wredna suka/glupia blondynka/naiwna dziewczynka i mam rozczwojenie jazni? Bardzo przeklinam chociaz nie powinnam, jest mi smutno jest mi zle, ustawiam brzydkie opisy na moim lansiarskim komunikatorze, w moim lansiarsko-dizajnerskim systemie operacyjnym. Nawet w tym internecie jest tak strasznie nieskladnie, jest tak bardzo nasmiecone. Uratuj mnie, przywróc do pionu. Zrob cokolwiek. 09.11.2006 :: 12:49 :: Wyślij wiadomość Właściwie nic się nie zmieniło, może oprócz pogody, nawet te telefony do mamy pełne łez są prawie takie same jak z Londynu. Nie jest ciężko, jest normalnie, jak na człowieka, który w każdym wydarzeniu próbuje znaleźć drugie dno. Powinnam się zacząć w końcu uczyć, chociaż tego prawa, chociaż matematyki do koszmarnej pani doktor, która potrafi krzyczeć przez bite czterdzieści minut ćwiczeń, potem robi pięć minut przerwy i mówi, że jest dla nas dobra, a następnie krzyczy już do końca [ swoją drogą niektórzy ludzie mają o sobie bardzo wysokie mniemanie, moim zdaniem nie zawsze słusznie ]. Mieszka mi się nieźle, pomijając chujowych właścicieli i troche chujowe koleżanki z dołu. Aczkolwiek mogłoby być lepiej/gorzej w zależności od poziomu optymizmu. Ktoś nagminnie korzysta z mojego komputera, przestawiając mi moje wszystkie ustawienia, wzburza mnie brak poszanowania dla cudzej własności. Brakuje mi Najlepszego, chociaż ostatnio szaleją za mną niewłaściwi mężczyźni. Brakuje mi największej przyjaźni, Rauberhauptmann i tego wszystkiego, co sobie przypominamy będąc x km od siebie. Brakuje mi tego wszystkiego, ale uczę się sobie radzić, uczę się cicho stukać obcasami, dbać o siebie, pielęgnować to co ważne. Uczę się przerysowywać 10 wykresów z mikro w 10 minut, uczę się tych wszystkich pierdół. Planuję, chcę tworzyć, chcę żeby mi się chciało, chociaż wciąż mi się nie chce. Podsumowując ekonomiczna rządzi, wczoraj była dobra impreza i nie mamo, nie chce mi się robić sałatki do obiadu. 15.10.2006 :: 18:47 :: Wyślij wiadomość Pisze ze 'swojego' lozka w 'swoim' 'nowym' krakowskim mieszkaniu. Ładne (bardzo) jest, to fakt, jego właściciele natomiast już tak ładni nie są w jakiejkolwiek kwestii branej pod uwagę. Zastanawiamy się, czy je zmieniać, jednak 5minut piechotą do AE i 15 do rynku kusi. Myślałam, że będzie źle lub jeszcze gorzej w każdym aspekcie tych słów, ale nie jest tak koszmarnie, jakby się mogło wydawać. Towarzysze studenckiej niedoli są bardzo sympatyczni, a miłość mojego życia jak na razie jest tutaj 4 dzień , a jutro będzie piąty. Okazało się, że nie ma się czego bać, tylko te wieczory, kiedy płaczę w poduszkę/ przez telefon nie należą do najprzyjemniejszych, no cóż, widocznie tak miało być. Na razie staram się cieszyć i wykorzystywać każdą daną mi chwilę, właściwie te chwile zaczynam doceniać najbardziej. Mam swój mały kaloryfer, który jest jak ten biało-czarny kotek leżący u naszych stóp, ten kaloryfer, który w zależności od sytuacji przytula/mocno ściska/daje buzi. Jesteśmy szczęśliwi, snujemy plany na przyszłość i to chyba dobrze. Zaczynam być pewna tego co się dzieje w moim życiu, zaczynam być pewna, że w końcu znalazł się ktoś, kto pragnie dać mi szczęście pod wszystkimi postaciami, kto chciałby podarować mi nawet gwiazdkę z nieba. Martwi mnie tylko jedna myśl, że serduszko które mnie kocha, bije tak szybko jak u małego dziecka. 24.09.2006 :: 13:30 :: Wyślij wiadomość Jest ciekawie, jest wspaniale, jest interesująco. Jestem bezdomna (!). Właściwie to jestem bezdomna w wersji krakowskiej, bo zaraz zaczyna się mój pierwszy rok studencki, a ja wciąż nie mam gdzie mieszkać. Poprzednie mieszkanie, w którym miałam przebywać wygląda jak melina i nie ma w tym ani słowa przesady. W tym miejscu chciałabym pozdrowić niedoszłego współlokatora, który nawet kupę krowy na swoim bucie skwitowałby uśmiechem. Jutro jadę na wielkie poszukiwania jakiegokolwiek przyzwoitego lokum, w którym łazienka nie wymaga czyszczenia kwasem i kilogramami środków na karaluchy. Poza tym to były piękne wakacje, najdłuższe i zdecydowanie najlepsze. Najbardziej odpowiedzialne i samodzielne, chyba nawet najszczęśliwsze. I czasami sikam w majtki jak gimnazjalistka, właściwie wtedy, kiedy w telewizorze zobaczę TO miasto i gdy mogę sobie powiedzieć tu byłam, tu i tutaj też. Żałuję tylko jednej decyzji, że wróciłam tutaj, tu gdzie nie mam naprawdę nic, a mogę dać wyłącznie siebie.
|
||